Wschód? Na szczęście nie do końca (yes, yes, yes)

Historyczny mecz za nami. O samym spotkaniu napisano już tyle, że nie ma chyba sensu do tego wracać. Zwłaszcza, że nie zdążyłem obejrzeć dokładnie powtórek, bo na stadionie, wiadomo, nie wszystko można dokładnie zobaczyć i spokojnie przeanalizować. Bardzo dokładnie za to popatrzyłem na organizację spotkania. Wszak EURO za niecały rok.

Infrastruktura wokół stadionu nie istnieje, więc po przejściu przez ogródki działkowe dotarłem do wspaniale błyszczącej w słońcu PGE Areny. Pod stadionem kramiki tych, którzy jak napisano w programie meczu „produkują podróbki”, choć przecież niczego nie podrabiają. Ale wiadomo, że w tej chwili jedyny oficjalny dystrybutor biletów i pamiątek reprezentacji to Klub Kibica RP. Na jednym z kramików wypatrzyłem szalik, który mnie po prostu urzekł i który natychmiast dołączyłem do kolekcji: GRUNWALD 15. 07 1410. Z jednej strony piękny jagielloński orzeł z drugiej teutoński, czarny krzyż. Zapytałem sprzedawcę co ma wspólnego bitwa pod Grunwaldem z dzisiejszym meczem? „To był przecież nasz ostatni zwycięski mecz” – odparł nieco zdziwiony moją ignorancją. Yes, yes, yes – duch w narodzie nie ginie! Zaopatrzony w oryginalny gadżet udałem się pod stadion. Pierwsze zdziwienie: zostałem dokładnie choć kulturalnie obszukany i wylegitymowany. Biletu nie miałem, bo miałem go dopiero odebrać ale Pan na bramce dokładnie sprawdził  potwierdzenie przyjęcia zamówienia na bilet i mój PESEL. Miał prawo? Nie wiem. Dziwne, bowiem, jak się później okazało bilety były jeszcze dostępne w wolnej sprzedaży w kasie i jeżeli wpuszczano tylko tych, którzy mieli je już zamówione, to dla kogo były te sprzedawane? Ale to problem organizatorów. Moim problemem stał się odbiór biletu za który nie tak mało zapłaciłem, stając się oczywiście na 3 lata przymusowo fanem reprezentacji i członkiem Klubu Kibica RP (za jedyne trzy dychy).  Na ponad 20 kas jakie naliczyłem na stadionie czynne były tylko TRZY. Stanąłem do jednej z nich i po 20 min. stania okazało się, że ta akurat Kasa nie wydaje zamówionych biletów. Pozostały mi już więc tylko DWIE i po ponad godzinie stania otrzymałem upragniony bilet (tymczasem kolejki urosły, że stania było na przynajmniej dwie godzinki). Yes, yes, yes – czas żeby się czegoś napić, bo z emocji zaschło w gardle.  Widząc znajome namioty z napisem „Warka” udałem się tam ale okazało się, że w namiotach wydają koszulki i inne gadżety. Na moje pytanie o napoje, sprzedawca rozłożył ręce stwierdzając, że dzisiaj na ubogo.  Hmm, sympatycznie i miło a pić się chce. Na całym terenie około stadionowym, dla 40 000 kibiców przygotowano DWIE budki z jedzeniem o sympatycznej nazwie „Van Sznycel”. Kusiły napisami w języku polskim i po niemieckiemu (gramatycznie dziwne zaproszenie – cytuję z pamięci – „Iss unser Schnitzel”) ale nie ma co się czepiać. Niestety na dwie godziny przed meczem skończyły się kanapki, zapiekanki i frytki a pozostały tylko rzeczone sznycle, smażone na spalonym oleju na szybko, bo kolejka była pokaźna. W oczekiwaniu na Colę spędziłem kolejne pół godziny. Oczywiście na stadion żadnych napojów wnosić nie było można. Zakupiony napój specjalnie zatrudniony w tym celu Pan, sprawnie odkręcał. Znowu nie wiem dlaczego – on też nie wiedział, poza tym, że tak trzeba. A może zbierał zakrętki? OK, trzymając otwartą butelkę i bacząc aby nie rozlała mi się jej zawartość, jedną ręką nabyłem oficjalny meczowy program (jego poziom wymaga odrębnego omówienia) i udałem się na trybuny. System kontroli zmechanizowany zadziałał bardzo dobrze. Wszedłem do środka, gdzie dowiedziałem się, że moja otwarta butelka stanowi zagrożenie i muszę: a) wypić zawartość, b) wyrzucić od razu lub c) przelać do kubeczka, który przezornie (yes, yes, yes) wziąłem z budki „Van Sznycel” i który nie stanowi zagrożenia bezpieczeństwa. Dalej była już tylko bajka. Uprzejmi, schludni stewardzi i ochroniarze pokazali mi drogę do mojego sektora, miejsce było wolne, choć wokół obserwowałem dramatyczne zmagania ludzi, którym sprzedano podwójne bilety na te same miejsca. Kompletu jednak nie było i stewardzi rozładowywali bardzo sprawnie napięte sytuacje. Stadion jest po prostu piękny, widoczność znakomita (nie wiem tylko jak z miejsc pod samym dachem, bo siedzących tam ludzi nie mogłem moim słabym wzrokiem dojrzeć). Zapowiadał się  wspaniały wieczór. Na telebimach leciał żałosny mecz naszej młodzieżówki z Rosją więc zajrzałem na Twitter, gdzie zobaczyłem aktywną Panią Rzecznik. Trochę dla przeciwwagi wobec agresywnych i obelżywych okrzyków skierowanych wobec PZPN pozdrowiłem wykonującą swoją robotę Panią Rzeczniki i … dostałem odpowiedź. Fanem PZPN nie jestem ale lubię ludzi, którzy lubią to, co robią. Potem już tylko mecz i oklaskiwany Podolski (przy zejściu z boiska jednak wygwizdany) i wybuczany Klose (dlaczego?) Zauważyłem, że część kibiców gwizdała słysząc choćby słowo wypowiadane w języku Goethego, choćby był to stadionowy spiker. Jakaś alergia?

Stadion skonstruowany jest bardzo funkcjonalnie.  Przestronne foyer pod trybunami, czyste i obszerne toalety, możliwość spokojnej wymiany poglądów (przeszkadzał tylko beznadziejny hałas). szerokie, bezpieczne przejścia – stadion bardzo szybko się opróżnia. Można mieć zastrzeżenia tylko do projektu krzesełek i rzędów, które są zbyt blisko siebie. Chcąc dojść do swojego miejsca trzeba postawić na nogi cały rząd. Ale ogólne wrażenia bardzo, bardzo dobre. Super nagłośnienie, cztery telebimy – nie ma się do czego przyczepić.

Po meczu, w asyście święcącego reflektorem śmigłowca, po ciemku pomaszerowaliśmy dużą, wielotysięczną i zwartą grupą przez wspomniane ogródki działkowe. Po drodze, z bagażnika można było kupić u przedsiębiorczych rodaków puszeczkę piwa po 5 zł. Dla wycieńczonych prohibicją kibiców, rozemocjonowanych meczem nie była to zbyt wygórowana cena. Poza tym ciemność i te ogródki …  I śmigłowiec zamiast księżyca 🙂 Za ogródkami pozytywne zdziwienie – działająca komunikacja miejska, dużo policji, służby miejskie rozładowujące ruch. Wszystko wyglądało po prostu dobrze.

Tyle wrażeń w skrócie. Moim zdaniem wyglądało to dobrze ze strony miasta Gdańska, natomiast dramatyczna dystrybucja biletów i obsługa kibiców na stadionie, za którą odpowiadał (podobno) PZPN, pozostawia jeszcze wiele do życzenia.

I jeszcze jedno – oprócz pięknego meczu, dawno nie widziałem tak dobrze, mimo opisanych wyżej trudności, bawiących się ludzi. Yes, yes, yes !

Reklamy

Komentarzy 5 to “Wschód? Na szczęście nie do końca (yes, yes, yes)”

  1. A mi się spodobał Pan w TV, który jechał 415 km na mecz, a potem musiał iść 5 km pieszo… Mina bezcenna 🙂

  2. Warto dodać, że zarówno w meczach Lechii jak i reprezentacji traktuje się ludzi bardziej jak potencjalnych „rozrabiaków” a nie kibiców. Czas to chyba zmienić.

  3. Stadion jest piękny. Różne braki organizacyjne – jest się jeszcze czego uczyć – pewnie wkrótce znikną. Rzuca się w oczy rażący brak zeleni. Obiecuję, że jak przyjdę ponownie na mecz niczego nie wyrwę. Wzór Szachtara Donieck wydaje się nieosiągalny.A szkoda…

  4. Van Sznycel Says:

    A olej był świeży!! 🙂

    • @kibic Też sądzę. że wszystko zostanie dopracowane i zmierza w dobrym kierunku. Na razie to przysłowiowe dmuchanie na zimne, choć nie wiadomo na ile to prohibicja na stadionie wpłynęła na dobrą atmosferę. Może gdyby było piwko …
      @ Van Sznycel Wierzę na słowo. następnym razem spróbuję 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: