Archive for the Opowieści Category

Dąb Friedricha Ludwiga Jahna

Posted in Dyscypliny i konkurencje, Friedrich Ludwig Jahn, Gimnastyka, Opowieści on Czerwiec 24, 2012 by prussport

Odskoczmy znowu trochę od wszechobecnej piłki nożnej. O ruchu turnerskim i jego związkach z Gdańskiem pisaliśmy w tym miejscu. W 1859 r. powstał tu Związek Gimnastyczno-Szermierczy (Turn- und Fechtverein) a w 1862 Męski Związek Gimnastyczny (Männer Turnverein). W marcu 1912 ta ostatnia organizacja świętowała 50-lecie. Z tej okazji przy Wielkiej Alei, w pobliżu pomnika Gralatha posadzono dąb. Drzewo miało upamiętniać twórcę ruchu turnerskiego, Friedricha Ludwiga Jahna (1778-1852), postaci bardzo istotnej dla rozwoju kultury fizycznej w Europie. Minęło 100 lat a dąb stoi! Oto on w dniu dzisiejszym:

Teren o którym mówimy zlokalizowany jest między dzisiejszymi uliacami: Curie-Skłodowskiej a Smoluchowskiego. Jest uporządkowany i zadbany, pełny spacerowiczów. W ubiegłym roku prof. Andrzej Januszajtis wzywał do upamiętnienia tego miejsca. Jego apel wypada powtórzyć.

Reklamy

Literackie EURO 2012 ponad granicą

Posted in Aktualności, Dyscypliny i konkurencje, EURO 2012, Imprezy, Opowieści, Piłka nożna on Maj 1, 2012 by prussport

W coraz smutniejszym ostatnio obrazie EURO 2012 otrzymaliśmy perełkę, o której chciałbym krótko napisać. Ta perełka to książka, zbiór tekstów autorów polskich i ukraińskich. Tematami wspólnymi są piłka i miasta-gospodarze EURO. Jurij Andruchowycz, Marek Bieńczyk, Natasza Goerke, Paweł Huelle, Piotr Siemion, Natalka Śniadanko, Ołeksandr Uszkałow, Serhij Żadan snują swoje opowieści, bardzo różne w formie i treści. Fantastyczna opowieść o dawnym i dzisiejszym Wrocławiu (Siemion), o pewnym boisku w Warszawie i ludziach, których połączyło (Bieńczyk) to dal mnie majstersztyk. Ludzka twarz miasta i piłki, indywidualne losy wprzęgnięte w historię, „genius loci” miejsc – to dla mnie majstersztyk. Bardzo ciekawe opisy egzotycznych dla mnie miast ukraińskich: Lwowa, Kijowa a zwłaszcza Charkowa i Doniecka. Emocje ludzkie podobne ale jakże różne warunki w jakich rozwija się sport i żyją ludzie. Czasy zależności od Wielkiego Brata i niepodległość, rywalizacja między Kijowem a resztą, wszechobecna polityka z korupcją w tle. Kiedyś, jadąc do Sankt Petersburga kupiłem sobie zbiór opowiadań i wierszy o tym mieście. W ciągu krótkiego, parodniowego pobytu chciałem poznać jego duszę. Nie udało się. Zastanawiam się na ile będą mogli tego dokonać kibice, którzy do tych wszystkich miast przyjadą. Czy w ogóle będą chcieli? Poznać miasta i ich historie, mieszkańców… ciekawe także dla nas, bliskich sąsiadów. Pewnie nie starczy czasu, będą inne sprawy. Wtedy pozostanie książka, którą przeczytałem (i obejrzałem, bo znakomite są zdjęcia Kiriłła Gołowczenki) z dużą przyjemnością. Szkoda tylko, że Gdańsk jakiś taki blady.

Dryblując przez granicę. Polsko-ukraińskie Euro 2012, pod red. Moniki Sznajderman i Serhija Żadana, Wydawnictwo „Czarne”, Wołowiec 2012.

„Stadion filmowy” – opowieść o Leni Riefenstahl

Posted in Opowieści, Sport ogólnie on Czerwiec 21, 2011 by prussport

Dla wielu z nas sport jest jedynie dodatkiem do wiadomości wieczornych lub transmisją wybranego meczu, oglądaną z butelką napoju w dłoni. Część kibiców ożywia się podczas transmisji telewizyjnych z letnich bądź zimowych Igrzysk Olimpijskich, czy Mistrzostw Świata, Europy. Kolejne święto sportowe niebawem przed nami- Euro 2012. Warto więc, rozważając o ukazywaniu sportu w mediach, przypomnieć sylwetkę Leni Riefenstahl. Urodziła się w 1902 roku, studiowała malarstwo, karierę rozpoczęła jako tancerka, zagrała w kilku filmach: Święta góra (Der Heilige Berg) czy Burza nad Mont Blanc (Stürme über dem Mont Blanc), producentka filmowa, fotograf, płetwonurek (kurs ukończyła w wieku 71 lat!) Zafascynowana jednak od początku filmami fabularnymi stała się pierwszą kobietą, która odniosła wielki reżyserski sukces. Czemu zawdzięczany? Talentowi, charyzmie, fascynacji pięknem ludzkiego ciała, czy zaoferowaniu swoich usług reżyserskich Adolfowi Hitlerowi? Historycy i filmoznawcy od lat szukają odpowiedzi na owo pytanie, i jak to zwykle bywa- jedynej wyczerpującej nie odnajdują. Częściowo dlatego, iż sama Leni do śmierci- w 2003 roku- obsesyjnie dbała o swój wizerunek i dążyła do „przeforsowania swojej prawdy osobistej” Leni, zwana potem „reżyserką Führera” sama przyznawała się do niegdysiejszej fascynacji Hitlerem, jego zdolnościami oratorskimi twierdziła po latach, iż była politycznie naiwną. Wielu nie wierzy. Lecz nawet Ci, którzy twierdzą, że Riefenstahl była niestrudzoną karierowiczką niebaczącą na potworność postępowania Hitlera, oddają jej chwałę za talent i nowatorstwo reżyserskie.
Po nakręceniu kilku filmów dokumentujących zjazdy partii NSDAP, ugruntowawszy swoją pozycję niekwestionowanej królowej reżyserii, podjęła się sfilmowania igrzysk olimpijskich w roku 1936 w Berlinie. Pomysł utrwalania igrzysk na taśmie filmowej nie był pomysłem nazistów, lecz wytyczną Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Wolna ręka w sposobie utrwalania była wynikiem najwyższego uznania dla kunsztu reżyserki samego Adolfa Hitlera. Mimo niewątpliwego zaprzęgnięcia sportu do nacjonalistycznych celów propagandowych nie można zapomnieć, iż Riefnstahl stworzyła obowiązujące do dziś standardy nowoczesnych relacji sportowych. „Olimpiada”, dzieło filmowe składające się z dwóch części- Święto narodów (Fest der Völker) oraz cześć drugą Święto piękności (Fest der Schönheit) to właśnie owo novum w historii filmu o sporcie. Cóż takiego nowatorskiego zastosowała Leni? Dziś oczywistości- wieże i rowy dla kamer, pozwalające na ujęcia obrotowe, dające perspektywę, balony na uwięzi i zeppeliny ( między innymi legendarny Hindenburg), które umożliwiły zdjęcia z powietrza, stadion z perspektywy, czy ujęcia regat wioślarskich, szyny i katapulty, dzięki którym powstawały zdjęcia ruchome uwieczniające biegi i zawody pływackie z bardzo bliskiej odległości. Po raz pierwszy w historii filmu zastosowano kamerę podwodną, dzięki której widz był uczestnikiem zanurzenia pływaka.


W mitologizującym prologu, ukazującym sportowców niczym antycznych Greków o nieskazitelnych ciałach pokazała zdrowych atletycznych ludzi, filmowanych w zwolnionym tempie w klasycznych dyscyplinach sportowych. Pokazując dyscypliny lekkoatletyczne, stopniując napięcie płynnie przeszła do inscenizacji maratonu- punktu kulminacyjnego pierwszej części filmu. Po mistrzowsku sfilmowane w drugiej części skoki do wody kobiet przypominały wdzięczne rybie pląsy. We wszystko wplatała twarze i głosy zachwyconych, wiwatujących widzów. Leni Riefenstahl potrzebowała dwóch lat na zmontowanie materiału filmowego. Premiera filmu miała miejsce 19 kwietnia 1938 roku. Stadion olimpijski stał się stadionem filmowym, a widz w sali kinowej, niczym my dziś na sofach przed telewizorami, stał się bezpośrednim obserwatorem zmagań sportowych i obserwatorem piękna ludzkiego ciała.
źródło: Trimborn Jürgen, Riefenstahl. Niemiecka kariera, wyd. W.A.B., Warszawa 2008933)
http://www.leni-riefenstahl.de/deu/bio.html

[E.M.]

Kwidzyńskie konie

Posted in Dyscypliny i konkurencje, Jeździectwo, Opowieści on Czerwiec 13, 2011 by prussport

Kiedy w Kwidzyniu ładowano do pociągu konie olimpijskiej kadry wyruszającej na Igrzyska do Rzymu, „Volt”oraz „Klarys” i „Krokosz” nie wchodziły po pomoście do wagonu lecz po prostu wskakiwały do środka. Zgromadzeni ludzie uznali to za dobry omen i bili koniom brawo, jakby już na czysto tu, na dworcu w Kwidzyniu, pokonały rzymski parcours. Potem przyszły wieści z Olimpiady, że start nie był taki udany; wszyscy w Kwidzyniu i nie tylko w Kwidzyniu, byli jakiś czas mocno zmartwieni (B. Tomaszewski, Romantyczne mecze)

Opowieść Bohdana Tomaszewskiego związana jest ze zgrupowaniem jakie przed Igrzyskami olimpijskimi w Rzymie (1960) odbyło się w  wielce zasłużonej dla polskiego jeździectwa stadninie koni w Kwidzynie. Opowieść romantyczna, nawet naiwna a zgrupowanie, no cóż, jakich wiele, w dodatku nie przyniosło sukcesów na igrzyskach. Ale okzauje się, że było dość dramatyczne o czym przekonuje inna opowieść – nestora polskich jeźdźców Mariana Kowalczyka:

Zgrupowanie odbywało się w Kwidzyniu, prowadził je mjr Kon, ówczesny znany trener z Grudziądza, jedyny człowiek w Polsce, który znał wyższą szkołę jazdy, jednakże nie przekazał swojej ujeżdżeniowej wiedzy nikomu z ówczesnych jeźdźców. Na 6 miesięcy przed Olimpiadą przydzielono mi zupełnie nowe konie: Empiryka z Bogusławic, Kameruna z Poznania, Wizmę z Poznania. Wszystkie trzy konie nie odnosiły żadnych wcześniejszych sukcesów, nie miały potrzebnego doświadczenia. Natomiast moje konie trafiły do innych rąk: Pregora przydzielono Babireckiemu (któremu rok wcześniej oddałem Volta), Mitrydata dostał zapasowy jeździec z ekipy. Nie był to dla mnie szczęśliwy okres. W ramach próby przed Olimpiadą startowaliśmy na zawodach w Kwidzyniu. Cross postawiony przez mjr Kona był niezwykle ciężki do pokonania. Jedną z trudniejszych przeszkód był okser postawiony na brzegu skarpy. Koń skacząc przez tę przeszkodę widział przed sobą linie drzew, a tuż po skoku lądował na skraju ostrego 50 metrowego zjazdu w dół. Nasze konie nie miały dużego doświadczenia. Moim zdaniem przeszkoda położona na brzegu skarpy była zbyt ryzykowna Powiedziałem wtedy tuż przed konkursem: żebyśmy Olimpiady nie wygrali w domu!. W odpowiedzi usłyszałem, że boję się jechać…. Tę przeszkodę pokonał jedynie A. Orłoś na koniu Krokosz, pochodzącym z Kwidzynia.(koń był wcześniej trenowany na tym terenie i dobrze go znał) Ja natomiast na niedoświadczonym Kamerunie miałem zatrzymanie. Najgorsze było jednak jeszcze przede mną. Pechowa okazała się dla mnie stacjonata postawiona w wąwozie, gdzie wywróciłem się z klaczą Wizma. Upadek skończył się złamaniem i wybiciem lewej ręki. Oznaczało to dla mnie jedno: na dwa miesiące przed Olimpiadą okazało się , że z powodu kontuzji zostaję w kraju.Do dzisiaj zagadką pozostaje dla mnie to dlaczego wybitne konie skoczki zdecydowano się przerabiać na konie wkkw i to na tak krótki czas przed Olimpiadą!!! Oficjalnie powiedziano mi, że Rada Trenerów tak zadecydowała.! W moich czasach wszystkie konie były państwowe, jeździec nie miał nic do powiedzenia, a od decyzji nie przysługiwało żadne odwołanie (http://www.mkowalczyk.cba.pl/historia2.html)


Trudno się zatem dziwić, że na Igrzyskach w zasadzie ponieśliśmy klęskę:

  • M. Babirecki na koniu Volt – VIII miejsce (na zdjęciu)
  • A. Orłoś na koniu Klarys – XVII miejsce
  • M. Rozszczeynialski na Wiźmie – nie ukończył
  • A. Kobyliński na Wolborzu – nie ukończył

 

%d blogerów lubi to: